![]() Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja Niepokalana!Drodzy Przyjaciele Misji Oblackiej na Madagaskarze!Stałem się już prawdziwym misjonarzem, skoro nie rozesłałem Bożonarodzeniowych życzeń pomimo posiadania kart świątecznych. Mam nadzieję, że z tego powodu nie spotkam się ze zbyt wielkimi wymówkami w listach wielkanocnych, które - mam taką nadzieję - dotrą do mnie. Ale już przechodzę do sprawy poważnej. Zaczynam inaczej przeżywać czas i mniej uwagi zwracam na rok liturgiczny. Uważam to za zły znak dla mnie, ale naprawdę nie potrafiłem przeżywać Adwentu, nie przygotowywałem choinkowych zabawek, chociażby gwiazdek z pasków. Co prawda, jestem wdzięczny swemu współbratu, Ojcu Janowi Kely, który wykorzystuje swoje talenty malarskie nie tylko malując obrazy (Naszą Panią z Madagaskaru), ale także przygotowuje matryce na powielacz i do maszyny wkręcam papier listowy mający po jednej stronie malgaski motyw, po drugiej mój list. Także samo Owięto Bożego Narodzenia tu przeżywa się inaczej. Wcześniej odwiedziłem wioski w swoim sektorze, przebywając na misji w Marolambo w listopadzie zaledwie przez 7 dni, ale też tylko dziesięć dni znajdowałem się w drodze w grudniu, o tydzień dłużej w styczniu. Planuję pozostać przez cały miesiąc w domu w lutym, nie licząc krótkiego wyjazdu do Ambinanindrano. Praca w wioskach jest prosta, chociaż wymaga wysiłku przy przechodzeniu z jednej wioski do drugiej. W tym roku nie złapał mnie cyklon, ale ulewne deszcze padają często, na szczęście tylko po południu i w nocy, więc nie moknę. Za to jest ciepło przed południem, gdy przechodzę z jednej wioski do drugiej. Nie zawsze można zmienić przepoconą bieliznę, po prostu brakuje. Na szczęście, bagaż do następnej wioski przenoszą mi bezpłatnie, lecz nie chcę ich nadużywać i biorę tylko 12 kg rzeczy naprawdę niezbędnych, także książki do odprawiania Mszy Owiętej, koc, prześcieradła i moskieterę. Takich rzeczy nie dostałbym. Nie mam też niczego specjalnego do opisywania. Odprawiam Mszę Owiętą podobnie, jak w Polsce, tylko z tą jedną różnicą, że polskie kościoły są ładniejsze i większe. No i język jest "trochę" inny. Malgaski lekarz powiedział mi, że on, jak każdy Malgasz, przez dziesięć lat musiał uczyć się języka francuskiego, aby się porozumieć z Francuzami. To mnie podniosło na duchu. Ja mam nadzieję nauczyć się szybciej języka malgaskiego w takim stopniu, abym swobodnie mówił kazania. I gdyby nie okoliczności pracy misjonarskiej, nie miałbym o czym pisać w moich listach. Teraz jest okres pielenia ryżu i każdy mieszka w swoim drugim domu zbudowanym przy ryżowisku, więc w wioskach ludzi nie ma. Dlatego tak ważną rzeczą jest wysłanie listów z programem we właściwym czasie. Nieraz program nie dotrze, zaginie w drodze. I wtedy w wiosce zastaję jedną rodzinę, która pilnuje. Przed domem stoi tablica z napisem: "Policja", aby na drugi dzień została postawiona przed innym domem, w drugim końcu wsi. Trudno tu zachować tajemnicę lub o czymś nie wiedzieć. Przez ściany słychać wszystko. Nasz dom misyjny też jest tak zbudowany. Siedząc w pokoju można rozmawiać z sąsiadem zza ściany (pojedyncza deska, szpary zaklejone papierem), ale słychać także poruszanie się czy przekręcanie w łóżku. Kościoły przez Polaków mogłyby być wzięte za szopy na narzędzia albo tymczasowe magazyny materiałów budowlanych przeznaczone do rozbiórki po zakończeniu budowy. Ludzie nam dużo zazdroszczą. Zazdroszczą lekarstw posiadanych w dużych ilościach, okularów, książek. My wiemy o tym i nieraz wykorzystujemy dla przeprowadzenia jakiejś akcji. Gdy porządkujemy teren obok domu, w wiosce robi się czyściej i ładniej. Gdy sadzimy młode drzewa owocowe, za kilka lat przy ich domach też będą owoce. Ostatnio pokazaliśmy, jak można wykorzystać zużyty olej silnikowy. Pomalowaliśmy nimi podłogę naszej werandy i ściany magazynu, aby trochę zabezpieczyć drzewo. Wkrótce posiadacze samochodów zrobili to samo. Ale okna i drzwi kościoła pomalowaliśmy prawdziwymi farbami olejnymi. Boże Narodzenie spędziłem na misji. Młodzież zadbała o przystrojenie kościoła i zrobienie stajenki umieszczając poobijane figurki w otwartym miniaturowym domku malgaskim. Pasterkę odprawiłem o 8-ej wieczorem, zaś w sam dzień Bożego Narodzenia podczas Mszy Owiętej ludzie byli ładniej ubrani. Oczywiście było przedstawienie, gdyż młodzież i dzieci musiały dać prezent dla rodziców. Dopiero w drugi dzień świąt powrócili moi współbracia, więc w trzeci dzień świąt pojechaliśmy do Ambinanindrano, aby tam wspólnie i po polsku świętować Boże Narodzenie i Nowy Rok. Jednak już w dniu 31 grudnia powróciliśmy do Marolambo przywożąc pocztę. Okazało się, że była to ostatnia poczta do tej pory. Po prostu droga jest bardzo trudna i niewielu ma chęć męczyć siebie i pojazd. W tym czasie dojechał do nas (czasem pchany przez ludzi) jeden samochód należący do administracji, ale przywieziono tylko listy polecone. Mam nadzieję, że wracając z Ambinanindrano w połowie lutego otrzymamy resztę "zwykłej" poczty. Pomimo cenzury w Polsce listy dochodzą z odpowiednią adnotacją: "ocenzurowano" lub "nie ocenzurowano". W Nowy Rok pojechałem na motorze do pobliskiej wioski, aby tam odprawić Mszę Owiętą. Te 17 kilometrów jechałem w czasie deszczu przez godzinę z kwadransem, z powrotem przez 40 minut, gdyż nie padało, słońce świecące w południe pionowo wysuszyło drogę i jedynie w dziurach pozostało błoto. Dało mi to okazję do ćwiczenia się w jeździe terenowej. Nie można było wjechać do dziury zbyt szybko, aby nie przekoziołkować, a potem trzeba było umiejętnie przyspieszać, aby silnik nie zgasł ani nie zadusiło się, gdyż w tym wypadku bez pomocy nie możnaby go ani uruchomić, ani wyprowadzić. Terenowa honda 125 waży 145 kg, a w błocie znajdowały się nieraz nawet osie kół. Oficjalnie mamy okres dużych deszczów i burz ale przez tydzień deszczu nie było. Ja narzekałem, że mamy bardzo mało wody w basenie. Ludzie więcej myśleli o braku ryżu, gdyż uprawiany na zboczach potrzebuje częstych opadów. Poza tym dni mijają spokojnie. Dużo siedzę w domu, chociaż w niedzielę staram się iść do pobliskich wiosek, aby i tam odprawić Mszę Owiętą. Dzięki temu uprzywilejowani są katolicy mieszkający blisko, do dwunastu kilometrów. Wtedy można do nich dojść i wrócić nawet wtedy, gdy droga nie jest przejezdna dla samochodu lub motoru. Niestety, takich wiosek jest bardzo mało. Urozmaiceniem było otrzymanie przeze mnie czeku od osiemdziesięcioletniego Polaka z Kanady, któremu "Pan Bóg pozwolił wygrać większą sumę" i pieniędzmi podzielił się z nami. Jest to dowód, że nasze listy są czytane przez wielu Polaków. Niektórzy tłumaczą je na język francuski lub niemiecki i drukują w miesięcznikach oblackich. Tu dość długo trzeba czekać na zrealizowanie czeku, to znaczy od chwili złożenia go w banku do chwili otrzymania malgaskich franków. Zresztą niewiele wydaję, większe zakupy robię w Tamatawie, dokąd udam się zaraz po Wielkanocy. Przeglądając misyjną biblioteczkę natrafiłem na piękne opowiadanie o początkach świata. Szczęśliwie mieszkał w niebie Bóg, który miał na imię Andriananahary. Miał on dwie żony, pierwsza miała na imię Andriamanitra, druga Zanahary. Zanahary nie miała dzieci, zaś Andriamanitra miała dwóch synów. Starszy zawsze przebywał w pobliżu swej mamy, młodszy lubiał wałęsać się po całym niebie. Pewnego razu ten nielubiejący trzymać się swej matki znalazł dom Zanahary, która mu się spodobała i poprosił ją, aby była jego żoną. Oburzona odpowiedziała: "Przecież jestem żoną twego ojca"! Nie uląkł się jej pogróżek i nie uwierzył, aby Zanahary mogła powiedzieć o tym bezczelnym żądaniu jego ojcu. Dowiedziawszy się o zuchwalstwie swego syna ojciec zesłał go na ziemię. Był sam. Uprawiał ziemię, aby żyć. Nauczył się pracować. Po długim czasie jego matka Andriamanitra przypomniała sobie o wygnanym z nieba i żal jej się zrobiło. Otworzyła okno w niebie, aby spojrzeć na ziemię. Niewiele ujrzała, dlatego posłała swego syna, aby zobaczył, czy jego brat jest szczęśliwy. Powróciwszy z ziemi syn powiedział: "Widziałem banany zasadzone w równych rzędach dookoła pięknego stawu. Widziałem piękne ryżowiska. Twój syn nie jest głodny, ale jest smutny. Jest sam. Siedzi wciąż nad brzegiem wody, lepiąc z błota różne figurki". Andriamanitra pouczyła swego syna, jak ożywić figurki i w ten sposób powstały zwierzęta, ptaki i ryby. Ale po raz drugi jej syn poszedł do swego brata z dwoma dzidami drzewa życia. Zesłany na ziemię syn Boga Andriananahary ulepił z błota dwie lalki podobne do niego. A kiedy one leżały nad wodą, rzucił jedną z dzid, która utkwiła w ciele ożywiając je i w ten sposób powstał mężczyzna. Rzucił drugą dzidę, która tylko musnęła drugą postać ożywiając ją i tak powstała pierwsza kobieta. Po spełnieniu swej misji dobry syn powrócił do nieba, a nieposłuszny pozostał na ziemi. I ten syn nauczył ludzi uprawiać ziemię i korzystać z różnych ziół przy leczeniu chorób. Chcąc pomóc ludziom Bóg Andriananahary dał swemu synowi amulet życia i zdrowia. Po określonym czasie Bóg zażądał zwrotu, więc syn metalem oczyścił drzewo oddając czysty amulet, ale nie dołączył daru przewidzianego przy zwracaniu długu. Wtedy Bóg rozgniewał się i chciał zniszczyć wszystkich ludzi wraz ze swym synem, a także zwierzęta. Ale Andriamanitra wstawiła się za ludźmi i tym razem Bóg dał się ubłagać, a syna przyjął do nieba z zesłania na ziemię. Napisałem tutaj streszczenie tej malgaskiej bajki. Teraz chcę tylko wyjaśnić, że Andriamanitra w języku malgaskim znaczy "Pan pachnący", zaś Zanahary znaczy "Stwórca", a imię Boga w bajce Andriananahary powstało z połączenia dwóch pozostałych imion Boga: Andriamanitra i Zanahary. Poznawszy tę bajkę zastanawiałem się, jaki wpływ na to opowiadanie wywarła historia chrześcijańska o powstaniu człowieka na ziemi (np. człowiek tchnieniem Boga, ukarany potopem, a Bóg ubłagany przez Matkę ludzi itp). Poza tym nie tylko w tej bajce Malgasze często przedstawiają Boga żyjącego wśród swoich dzieci, w rodzinie. Z serdecznym pozdrowieniem
|
Copyright © by: O. JAN SADOWSKI OMI |