Z Kanady po raz dwudziesty czwarty Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja Niepokalana!
Rozpoczynam od wspomnieć związanych ze Światowym Dniem Młodzieży w Toronto. Warto wiedzieć o kilku zdarzeniach, których nie zauważyli dziennikarze. Na przykład. Polska rodzina w To-ronto przyjęła 21 osób niepełnosprawnych, którzy pozostali na ich pełnym utrzymaniu jeszcze przez tydzień po zakończeniu święta. Zobaczyli okolicę (Niagara!), poznali uroki i piękno ziemi kanadyj-skiej. Gospodarze zadbali o łatwy wjazd wózkami do domu. Zorganizowali przejazdy odpowiednimi samochodami itd itp. Oczywiście, że dobroczyńcy byli ludźmi bogatymi, ale... oglądając tę polską rodzinę w kanadyjskiej telewizji przypomniały mi się słowa Pana Jezusa, że "łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogaczowi do Królestwa Niebieskiego". Okazuje się, że jednak można. Inną ciekawostką była inicjatywa Papieża, który nie tylko sam zszedł po schodach z samolotu, ale jeszcze poprosił, aby dwudziestu pięciu młodych ludzi przywitało go w hali dworca lotniczego. Tego nie było w oficjalnym programie. Nie udało mi się dowiedzieć szczegółów odnośnie do zaproszenia czternastu młodych ludzi przez Papieża podczas przejażdżki statkiem po jeziorze. Młodzież zauważyła, że Papież lubi jarzyny z makaronem.
Teraz Kościół Katolicki w Kanadzie na 38 milionów dolarów kanadyjskich długu. Na naszą para-fię wypadło 15 tysięcy, czyli na rodzinę 25 dolarów. Nie jest to więc suma tragicznie wysoka i jakoś nie słyszę krytyki, że jeszcze trzeba płacić. A młodzieży przybyło dużo mniej, niż się spodziewano. Kanada nie przyznała wiz młodzieży z niektórych krajów bojąc się, że ci pozostaną nielegalnie lub będą prosili o azyl. Niektórzy Polacy nie otrzymali wiz, ponieważ ich krewni tu mieszkają. Młodzież z Haiti wykupiła bilety w przedsiębiorstwie lotniczym, które zbankrutowało bezpośrednio przed Dniem Młodzieży . ci nie otrzymali ani pieniędzy, ani biletów na inne samoloty. Wielu bało się i nadal boi się wsiadać do samolotów pamiętając zeszłoroczny dzień 11 września. Ogólnie jednak zapłaciło za pobyt 185 tysięcy młodych. Przybyło 350 tysięcy, ostatni nic nie zapłacili. I stąd deficyt.
Byli też młodzi, którzy przestraszyli się nocnego deszczu. Przestał padać na samym początku Mszy Świętej. Polacy z naszej parafii uważali to za cudowny znak opieki Pana Boga: zdążyli wyschnąć podczas nabożeństwa, a nie było im zbyt gorąco. Polskie biuro ogłosiło, że tylko jeden Polak doznał złamania nogi, chociaż nie poinformowali, w jakich okolicznościach to zrobił.
Do kosztów związanych ze światowym Dniem Młodzieży należałoby doliczyć wydatki poniesione przez osoby przyjmujące młodzież do swoich domów i ułatwiające zwiedzanie Kanady. Oto niektóre przykłady. W naszej parafii gościliśmy 21 młodych Polaków z Ukrainy przez 6 dni. Wszyscy byli dowożeni do kościoła na Mszę świętą o 7 wieczorem. Młodzież śpiewała po polsku i po ukraińsku w taki sposób, o jakim ja wciąż bezskutecznie marzę. Mieli dwie gitary, ale wszyscy śpiewali głośno siedząc razem w pierwszych ławkach. Po Mszy świętej zaśpiewali dwie lub trzy ulubione pieśni, a potem schodzili na salę pod kościołem, aby zjeść kolację, porozmawiać, pośpiewać, potańczyć do godziny 11-ej. Towarzyszyli im młodzi Polacy. Starsi też byli, aby po zakończeniu radosnego wieczoru zabrać ich do swoich domów. Na drugi dzień każda z rodzin zapewniała swoim gościom atrakcje: wycieczki, zwiedzanie miasta, parlamentu, wizyta w ciekawszych muzeach... Było dużo radości. Cieszyli się także ci, którzy ponieśli jednak spore koszty goszcząc tę młodzież u siebie.
Przez dwa dni wraz z młodzieżą z Ukrainy modlili się młodzi Poznaniacy. Ci byli w lepszej sytuacji. Wypożyczyli sobie samochód i jeździli sami po Kanadzie. Nocowali w naszym domu obok kościoła, ale we Mszy świętej uczestniczyli i potem na sali też byli widoczni. Nie pominęli polskiej parafii w stolicy Kanady, Ottawie, młodzi Polacy z Paryża, Wrocławia, Jeleniej Góry, Siedlec, Krakowa, czy bardzo dalekiego
Zawiązywały się przyjaźnie, wymieniano adresy. Ta ręka podająca chleb pojawiła się na moim zdjęciu przypadkowo, ale jest symbolem dzielenia się pożywieniem w radości. Młodzież ulokowana w jednej ze szkół w pobliżu Toronto nie dostała obiadu. Głodni przyszli do polskiego kościoła. Dostali coś słodkiego, bo w parafii nic więcej nie było. Ale wkrótce Polacy dowiedzieli się za pośrednictwem "radia trotuar", przynieśli produkty, gotowali, żywili - dwa i pół tysiąca młodych ludzi!!! Nawet kucharz pracujący w dobrym hotelu poprosił o urlop, aby mógł pomagać w przygotowaniu posiłków dla młodych a głodnych. Ile kosztowało to wszystko?
Teraz podsumowuje się koszty i dochody, również w naszej parafii. Jest faktem, że młodzi Polacy są bardziej widoczni w kościele. Sami organizują spotkania, ożywiają młodzieżową Mszę Świętą. Spotkanie z Papieżem już przyniosło owoce, a ja sobie i im życzę, aby te owoce były trwałe, a przede wszystkim objawiły się w pozytywnej odpowiedni na Boże wezwanie do kapłaństwa czy życia zakonnego.
Dzień Wniebowzięcia Matki Bożej w Polsce przypomina o dziękczynieniu za plony. W procesji ludzie niosą pierwociny owoców i kwiatów, nieraz ułożonych w piękne kapliczki. Gorzej jest w stolicy Kanady. Jedzenie ładnie opakowane widać we wszystkich małych i wielkich sklepach, natomiast pracę na polu znają nieliczni. Rzadko kto przynosi wiązankę kwiatów do poświęcenia. Dlatego ten dzień przypomina więcej zwycięstwo polskiego oręża tym bardziej, że żyje tu wielu kombatantów, którzy przeżyli Powstanie Warszawskie, bitwę pod Monte Cassino, przemarsz z Syberii przez Irak i Afrykę, aż po tułaczce znaleźli się w Kanadzie i coraz częściej żegnają jednego z tej grupy. Kombatanci ze sztandarem i medalami biorą udział we Mszy świętej. Świętują też w Domu Polskim, który jest ich własnością. Natomiast miesiąc później miało miejsce przyjęcie września. Po gmachu Ambasady Polskiej. Zostałem też zaproszony, miałem więc okazję poznać galowe stroje wojskowych z wielu ambasad, a także stroje oficerów z czasów Powstania Kościuszkowskiego - ci żołnierze stali boso, ponieważ na ich nogi nie dało się nałożyć butów. Krótkie rozmowy z pracownikami Ambasady i konsulatu dotyczyły... Madagaskaru, a szczególnie 116 bajek malgaskich, które wreszcie poprawiłem. Wszystkie są już w internecie. Jeden z egzemplarzy wręczyłem Panu Generałowi w czasie powitania przy drzwiach Ambasady. W ten sposób spełniłem obietnicę daną po Mszy świętej w sali parafialnej miesiąc wcześniej. Ale następnego dnia po przyjęciu wypełniłem inną obietnicę, zanosząc drugi egzemplarz malgaskich bajek do Konsulatu Polskiego.
Z powodu choroby nie mogłem uczestniczyć w dorocznych rekolekcjach kapłańskich i dlatego we wrześniu pojechałem do oblackiego domu w Cap de la Madeleine, około 400 km od Ottawy. Autobus
z Montrealu ma przystanek przy samym Sanktuarium Matki Bożej, a uprzejmy kierowca na minutę przed zatrzymaniem autobusu poinformował mnie, że dojeżdżam na miejsce. W tym miejscu byłem po raz ósmy, ale zawsze jechałem inną drogą i dlatego zdziwiłem się, że to pięciotysięczne miasteczko jest jakby przedmieściem innego miasta "Przy Trzech Rzekach". Przyjęty zostałem, jak zawsze, jak domownik. Chociaż przyjechałem pół godziny po czasie przewidzianym na obiad, jeszcze przed otrzymaniem klucza do pokoju zostałem wprowadzony do jadalni. Od poniedziałku do piątku odprawiałem w Małym Sanktuarium, najstarszym kościele w Północnej Ameryce (1720 rok). Oblaci Maryi Niepokalanej mieszkają tutaj 100 lat i 5 miesięcy. Oprócz małego kościoła z dobudowaną nawą boczną jest duży kościół zbudowany na wzór kościoła Zwiastowania w Nazarecie, 1660 miejsc siedzących. Jest tu też duży park, a w nim Droga Krzyżowa i Tajemnice Różańcowe, a także ogromny parking, ale wcale nie za duży, skoro nawet w dni zwykłe niewiele miejsc jest wolnych. Tu zatrzymali się pierwsi misjonarze przybyli z Francji w siedemnastym wieku. Tutaj powstał "most Różańcowy" w dniu 17 marca 1879 roku, dzięki czemu można było przewieźć kamienie na budowę nowego kościoła. Tej zimy rzeka św. Wawrzyńca nie zamarzła zimą, ale zamarzła na wiosnę, umożliwiając przewóz materiału budowlanego. Cud "Mostu Różańcowego" był przyczyną zmiany decyzji ówczesnego księdza proboszcza: zostanie zbudowany nowy kościół, ale stary pozostanie. Tutaj też Matka Boża z Zamkniętymi Oczami otworzyła je patrząc na trójkę młodych ludzi (1888) - czwartym świadkiem był ksiądz proboszcz.
Tam też przekonałem się, jak bardzo jestem naiwny. W miejscowym sklepie z dewocjonaliami kupowałem pamiątki: kilkadziesiąt obrazków, dwie kasety wideo z uroczystości maryjnych, dyski CD-ROM z religijnymi pieśniami w języku francuskim i... małe pudełeczko z obrazkiem Sanktuarium na wierzchu. Byłem przekonany, że są tam inne obrazki czy zdjęcia z Sanktuarium. Okazało się, że jest tak, są tam 54 obrazki, każdy inny, ale na wierzchu każdego kartonika jest taki sam obrazek, a całość stanowi talię kart do gry. Oblaci prowadzący ten sklepik - księgarnię popełnili więc wobec mnie oszustwo, ale do tego już nie przyznałem się. Na drugi raz będę staranniej oglądał to, co kupuję.
Po długim czasie wziąłem też udział w zebraniu polskich Oblatów w Toronto. Tym razem spotkanie odbyło się w Domu Seniora im. Mikołaja Kopernika. Na początku była krótka uroczystość wręczenia jednego z najwyższych odznaczeń kanadyjskich dla ponad dziewięćdziesięcioletniego Ojca Michała Smidta. Jest on drugim polskim Oblatem tak wysoko odznaczonym. Zrobiłem nawet kilka zdjęć. Jeszcze przed rokiem Ojciec Michał chodził, uczestniczył w spotkaniach i zebraniach, jeszcze przed 5 laty siedziałem obok niego w kinie. Tym razem miałem wątpliwości, czy przywieziony na wózku jest świadomy tego, co się wokół niego dzieje. Swoją działalnością zasłużył na pamięć i wdzięczność, teraz jest pod opieką personelu w domu, który założył i który dzięki niemu jest rozbudowywany. Więcej Polaków będzie miało zapewnioną opiekę na starość.
Przy okazji tego wyjazdu wstąpiłem do sklepu z polską muzyką. Wybór ogromny, tylko pieniędzy nie starcza nawet na najbardziej pożądane. Kupiłem jednak cztery dyski CD-ROM. Dzieci będą zadowolone. A przy okazji... uznano mnie za eksperta w dziedzinie nagrywania. Pewnego dnia na sali parafialnej prosił mnie parafianin o informacje, jakiego sprzętu używam i w jakich warunkach nagrywam opowiadania dla dzieci. Był zaskoczony tym, że przy nagrywaniu nikt mi nie towarzyszy. A dzieci słuchają na "dobranoc" zamiast bajek. Z powodu dużego zapotrzebowania ja też szukałem "eksperta" do spraw radiowych, a raczej magnetofonowych. Gdy magnetofon przeciągnął przynajmniej 2 tysiące taśm, odmówił dalszego kręcenia się. Chciałem zreperować doskonały sprzęt, ale mój odbiornik okazał się przestarzałym (po czterech latach) i nawet w sklepach firmowych nie ma już mechanizmów do wymiany. Musiałem kupić nowy. Kupiłem tańszy, ale mający mniej możliwości. Dla mnie jednak wystarczy. Nagrywanie na taśmy magnetofonowe jest już systemem przestarzałym i należy przestawić się na nagrywanie na dyski CD-ROM. Pewien magazyn nawet przestał sprowadzania kaset magnetofonowych, a w najnowszych samochodach są tylko odtwarzacze dysków CD-ROM, nie ma zaś odtwarzacza kaset. Ponieważ już widziałem aparaty nagrywające na dysk mniejszy, poczekam, aż mniejsze dyski będą w powszechnym użyciu.
Kilka razy pytałem dzieci mające rodzeństwo, komu jest lepiej: starszemu, czy młodszemu? Odpowiedź zazwyczaj brzmi: młodszemu, ponieważ starszy musi we wszystkim ustępować i pomagać młodszemu. Od młodszego mniej się wymaga, zwłaszcza w sprzątaniu. W jednym tylko wypadku usłyszałem: "nie wiem, nie mam starszego rodzeństwa". Podobnie na pytanie, komu w życiu jest lepiej: dziecku, czy dorosłemu - tylko raz otrzymałem mądrą odpowiedź: "nie wiem, nie byłam jeszcze dorosłą". A jak Wy sądzicie? Napiszcie mi!
Przed kilku laty zdarzyła mi się brzydka przygoda i to w kościele. Przed konfesjonałem, w ostatniej ławce, usiadł starszy pan, nieco przygłuchawy i - jak się zdarza u takich ludzi - chciał mówić cicho, ale faktycznie mówił tak głośno, że przeszkadzał mi w słuchaniu spowiedzi. Wyszedłszy z konfesjonału powiedziałem jemu i jego rozmówcy, że "dziś we Mszy świętej pomodlę się za panów". Ten drugi dobrze usłyszał mój szept i nawet podziękował. W czasie niedzielnej Mszy świętej wezwania Modlitwy Powszechnej czytają lektorzy, ale tym razem dodałem od siebie: "Módlmy się o miłosierdzie Boże dla rozmawiających w kościele". O tym zdarzeniu już dawno zapomniałem, ale gdy po raz któryś poszedłem z Komunią świętą do tego, który dobrze słyszy, przypomniał mi o tym bez żalu. We wrześniu znów byłem z Komunią Świętą i otrzymałem kopertę z praktycznym podziękowaniem za opiekę duszpasterską. Pan Profesor wykładał na Uniwersytecie przez 35 lat i nadal interesuje się rozwojem wiedzy, czyta dużo, ale też nie zapomina przy tym o Panu Bogu. Za każdym razem przywożąc Najświętszy Sakrament pozostaję, aby porozmawiać, kiedyś w szpitalu rozmawiałem nawet pełną godzinę. Po ostatniej wizycie musiałem przyspieszyć realizację pewnego planu. W przyszłym roku na wiosnę planowałem kupić nowy garnitur, gdyż w jedynym moim garniturze podszewka już jest dziurawa, na szczęście, tego nie widać i staram się nikomu nie pokazywać miejsc wytartych. Jednak uzgodniliśmy, że otrzymaną zawartość koperty zamienię na garnitur. Starczyło jeszcze na albę, gdyż dotychczasowa, po pięciu latach, już ma poprzecierane miejsca i plamy, których w praniu trudno usunąć. Jednak spełniłem jeszcze jedną prośbę tego pana: jego córka przyjechała po mnie i odwiozła do domu. Tym razem celem odwiedzin było pokazanie zakupu, czyli kupionego garnituru na mnie. Umawiając się na spotkanie proponowałem, że pojadę autobusem miejskim, ale na to ofiarodawca nie zgodził się. Spotkaliśmy się w dniu, w którym stałem się emerytem!
Na początku października miało odbyć się zebranie ministrantów. Miała też być nauka służenia dla nowozapisanych. Przybył jeden ministrant i jedna ministrantka. Powodem był w teatrze spektakl dla dzieci i na Uniwersytecie referat dla starszych. Zebranie dla ministrantów odbędzie się później, ale w ogłoszeniu będzie podane: "nauka i pizza". Czy wierzycie, że frekwencja będzie duża? Nie wątpię.
Takie przygody mogą zdarzyć się chyba tylko mnie. Ostatnio zużył mi się pasek od spodni (miałem zapasowy kupiony w Polsce podczas ostatniego urlopu) i dwa paski przy zegarkach. Oba zegarki są pamiątkowe i związane z Madagaskarem. Wymiana paska przy pierwszym zegarku (kupionym w Paryżu w dniu odlotu na Madagaskar po urlopie w 1992 roku) nie trwała długo, ale zauważyłem, że jest jakiś problem z wymianą paska przy drugim zegarku, który jest prezentem otrzymanym przez Misjonarza z Madagaskaru w 1966 roku - prowadził Rekolekcje Wielkopostne w polskiej parafii we Francji. Okazało się, że w chwili wymiany paska zegarek zatrzymał się, po prostu wyczerpała się bateryjka kupiona w Polsce w 1998 roku. Proponowano mi "zamianę" zegarka, ponieważ cena bateryjki i paska była bardzo zbliżona do nowego. Proponowany zegarek jednak nie podobał mi się, był zbyt gruby i firmy mi nieznanej. Na szczęście, w tym sklepie mieli odpowiednie bateryjki. Do pierwszego zegarka w Kanadzie bateryjek nie ma, muszę wymieniać w Polsce (Europie).
Dopóki mieszkałem w Polsce, nie miałem problemu z odpowiedziami na problemy. Teraz jest trudniej. W polskiej szkole katecheza jest bardzo ograniczona (co 2-3 tygodnie przez 25 minut) i trudno wymagać klasówek, a w domu tylko nieliczne dzieci napiszą odpowiedź. Z tego powodu prosiłbym o pomoc moich młodych Korespondentów. Może pokażecie ten list Waszym Katechetom i poprosicie, aby urządzano Wam klasówki (10 minut wystarczy). Ja mogę przesłać moje problemy na wskazany mi adres, a Wasze odpowiedzi albo prześlecie mi do Kanady, albo ja odbiorę podczas urlopu w Polsce (wskażę odpowiedni adres). Niektóre problemy na mojej pięknej stronie internetowej są bez Waszych komentarzy.
Właśnie teraz przygotowuję następny list do Dzieci. Co w nim będzie? O niedzielnej Mszy Świętej. Przez kilkadziesiąt lat kapłańskiego życia uczyłem o ważności Mszy Świętej i o naszym przygotowaniu się do uczestniczenia w tej Najświętszej Ofierze. W czasie tych wakacji pewien dziesięciolatek pouczył mnie, że nie zwróciłem uwagi na bardzo ważny element przygotowywania się do spotkania z Chrystusem Eucharystycznym,. Ja zawsze podkreślałem, że nie mogliśmy stać pod Krzyżem na Kalwarii, gdy Chrystus ofiarował się za nas, bo to za daleko i za dawno. Ale że Bóg jest wszechmogący i dobry, nas miłujący, przedłużył tę ofiarę. Bo Msza Święta jest uobecnieniem tamtej Ofiary i podczas Mszy świętej jesteśmy tak blisko Chrystusa, jak Maryja, Jego Matka, jak umiłowany uczeń, święty Jan, Apostoł, jak inni stojący obok krzyża. Dlatego Msza Święta nie jest dla nas obowiązkiem, ale pragnieniem serca, radosnym spotkaniem z Chrystusem. Dlatego przygotowanie rozpoczynamy już w sobotę. Uzgadniamy w rodzinie, na którą godzinę udamy się do kościoła. Sprawdzamy, czy buty są wyczyszczone, ubranie ma wszystkie guziki. Podczas wieczornej modlitwy robimy rachunek sumienia, aby być pewnym, że jesteśmy godni przystąpić do Komunii Świętej. Wydawało mi się, że każdy z tych punktów można rozwinąć, ale... ten dziesięciolatek pouczył mnie, że jest możliwa jeszcze jedna i to bardzo dobra rzecz do zrobienia. Wychodząc z domu do kościoła należy zapytać, czy ktoś nie ma jakiejś sprawy, aby szczególnie przedstawić ją Chrystusowi? Może to będzie prośba, może podziękowanie? Rozmawiałem kiedyś o tym pod naszym kościołem z dziećmi i siedmioletnia powiedziała mi, że w najbliższą sobotę poprosi swoich rodziców i braci (a ma dwóch), aby nie gubiła długopisów. Chłopiec, trochę starszy, dodał, że potrzebuje Bożej pomocy w utrzymaniu porządku wśród swoich zeszytów i książek. W Kanadzie łatwiej wyrazić takie życzenia, gdyż dzieci razem z rodzicami przyjeżdżają do kościoła samochodem (nawet 38 km w każdą niedzielę), toteż w czasie jazdy mogą rozmawiać o sprawach dla nich ważnych. A gdy rodzina nie ma samochodu? Może idąc, jeśli wszyscy modlą się razem. Może wychodząc z domu? Może przy śniadaniu?
Słyszałem kiedyś anegdotkę o rodzinie, którą odwiedził znajomy im ksiądz biskup. Rozmowa po kolacji przeciągnęła się. Zmęczony pięciolatek przerwał rozmowę i powiedział: "Ja idę spać. Może co komu potrzeba, bo zaraz będę mówił pacierz".
Wśród superlatywów życia jest napisane, że najlepszymi nauczycielami są dzieci. Wątpicie w to?
Lubię zwiedzać muzea. Przy zakupie biletu zwykle jestem pytany o wiek (domyślne: emerytalny). W Houston zabrakło mi 9 miesięcy. Kasjerka uśmiechnęła się i dała zniżkowy. Dziś bez pytania dano mi zniżkowy. A byliby w kłopocie, bo do wieku seniora brakowało mi jeden dzień. W innym muzeum w Ottawie powiedziałem: brakuje mi 5 tygodni. Złożyli mi życzenia i wydali bilet dla normalnych.
W sierpniu otrzymałem brazylijski kwiatek, który swoim kształtem przypomina głowę Chrystusa na krzyżu, można dopatrzeć się nawet cierniowej korony. Nie chciałem go zniszczyć i dlatego zapytałem, czy ofiarodawca nie obrazi się, gdy zaraz komuś podaruję. Można przecież zasuszyć, a takich okazji nie ma wiele.. Otrzymawszy zgodę podszedłem do harcerek i zapytałem, która jest najporządniejszą. Wskazana ucieszyła się. Pomyślałem, że łatwo wygrać taki konkurs, ale pozostać taką unzaną najporządniejszą przez lata, to już bardzo trudno. Mam rację? To tak na koniec tego listu.
Z serdecznym pozdrowieniem W Chrystusie i Maryi Niepokalanej O. Jan Sadowski, OMI
O. JAN SADOWSKI, OMI 22.10.2002 OTTAWA
|